
Wędkowanie
29 czerwca 2009
Pierwszy wyjazd na ryby
Parę lat temu, ja, Dorotka i Denis postanowiliśmy pojechać na ryby. Problem polegał na tym, że żadne z nas nie miało karty wędkarskiej.
Nasz wybór padł zatem na łowisko specjalne. Jeździliśmy na „Pacyfik” i za Rąbień. Po dłuższym czasie Denis wyjechał do Irlandii, ja przeprowadziłem się do Łodzi i o łowieniu wszyscy zapomnieliśmy. Do czasu.Pewnego dnia Dorotka rzuciła:
- Zróbmy sobie kartę wędkarską!
Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Jako że sam czułem jakąś niewiadomą wewnętrzną potrzebą zrobienia czegoś, pomysł ten wpasował się idealnie.
Od tego dnia zaczęliśmy uczyć się regulaminu i tydzień później umówiliśmy się na egzamin. Zdaliśmy ;) Załatwienie wydania karty oraz zapisanie się do koła zajęło nam cztery dni. Koszty członkostwa spowodowały, że zapisałem się tylko ja. Jako, że okręg łódzki nie podpisał w tym roku żadnych ciekawych porozumień z innymi ciekawymi okręgami, postanowiliśmy, że wybierzemy okręg skierniewicki. I bardzo dobrze.
Pierwszą wyprawę zaplanowaliśmy na najbliższy weekend (16.05.2009) na niewielki zbiornik Rogów. Prognozy pogody jak na złość były nieprzychylne. Miało padać w sobotę od 14tej. Cały tydzień było ładnie. Ale nie. W weekend musiało się zepsuć. Nie zrażając się jednak zanadto zakupiliśmy trochę sprzętu, przynęty i zanęty w sklepie, gdzie z politowaniem, ale i z cierpliwością obsłużył nas starszy wędkarz.
Tydzień ciągnął się niemiłosiernie. Czas wypełniałem sobie czytaniem gazet (nabyłem nawet trzy archiwalne numery) i stron internetowych o tematyce wędkarskiej. W wyobraźni widziałem siebie doskonale radzącego sobie z wędką i łowiącego rybę za rybą. W piątek wieczorem wszystko popakowałem, przygotowałem, wychuchałem, nawet kanapki ulepiłem.
Nadeszła upragniona sobota. O 5:30 rozbrzmiał nachalny dzwonek alarmu w komórce. Zaczęliśmy zwlekać się z ciężkim bólem z łóżka. Z zaplanowanego wyjazdu o 6:00 wyszła 6:30. Po porannym półprzytomnym chocholim tańcu wpakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę.
Po około 40km dotarliśmy na miejsce. Nad wodą nie było wiele osób. Pewnie przez pogodę.
- Będzie padać kole 14tej dopiero – myślę sobie.
Niestety osoby te zajęły miejsca, które i my chcieliśmy podsiąść. Po wschodniej stronie zbiornika. Nie przejmując się tym zajęliśmy miejsca naprzeciwko. Rozstawiliśmy się, zrobiliśmy zanętę i... jaki ustawić grunt? Gruntomierza nie miałem więc zostało ustawiać na podstawie manipulacji samym obciążeniem zestawu.
W końcu wszystko było na swoim miejscu. Teraz tylko czekamy na okazy! Jak się okazało nie było tak łatwo, żyłka za cholerę nie chciała tonąć. Wiatr co chwila ściągał mi zestaw. Niby kombinowałem z płynem do naczyń, ale to chyba trzeba ściągać zestaw za każdym razem przez szmatkę z płynem. Muszę po prostu kupić tonącą.
Po pewnym czasie okazało się, że nie przeplotłem żyłki przez pierwszą przelotkę. Olałem to. Nie było czasu na demontaż. Niestety poza puknięciami i dwoma braniami, które haniebnie przepuściłem, nic się działo. Oboje nic nie ułowiliśmy. Po około trzech godzinach postanowiliśmy przenieść się w inne miejsce. Na nowej miejscówce zdążyłem posłać parę kul zanęty do wody i rozpadał się rzęsisty deszcz. To był koniec łowienia.
Szybkie zbieranie gratów i do samochodu. Wracaliśmy z pustymi rękoma. Mimo to było naprawdę sympatycznie. No może poza tym, że jakiś „kubica” zaparkował nam w kufer na skrzyżowaniu po czym stwierdził, że nic się nie stało.
Jak się wkrótce okazało to „nic” to uszkodzony samochód na 1,5k złotówek i uszczerbek na bezcennym zdrowiu.
Tak oto wyglądał pierwszy wyjazd na ryby.
Jeśli masz jakieś sugestie co do wzbogacenia powyższego artykułu, napisz do mnie, a wspólnie go zaktualizujemy.










Strona wykonana przez: PRACOWNIA ILUZJI Piotr Budner (c) 2007
